Kiedy reportaż o książkach zapomina o… książkach.
Czytanie o cudzych bibliotekach to dla mola książkowego zajęcie niemal intymne. To zaglądanie do czyjejś głowy, pasji i systemu wartości. Niestety, moja ostatnia lektura, która obiecywała „reportaże o prywatnych księgozbiorach”, okazała się dużym rozczarowaniem. Moja ocena? Mocne 2/5.
Ludzie zamiast literatury
Głównym problemem tej pozycji jest fakt, że autorce pomyliły się proporcje. Zamiast obiecanego „mięsa” dotyczącego literatury i wyboru konkretnych tytułów, dostałam zbiór luźnych rozmów o właścicielach. Oczywiście, każdy kocha książki na swój sposób – jedni traktują je jak relikwie, inni jak dekorację – ale w tej książce zabrakło wspólnego mianownika.
Brak redakcji i chaos
Najbardziej uderzył mnie brak spójności. Teksty sprawiają wrażenie „przeklejonych” z innych mediów bez żadnej redakcyjnej obróbki. Przeskakujemy między postaciami bez żadnego klucza, a brak wyjaśnienia, dlaczego akurat te osoby znalazły się w zestawieniu, sprawia, że lektura staje się męcząca.
Książka o bibliotekach powinna być świadomym wyborem, tak jak świadomie budujemy własne księgozbiory. Tutaj panuje chaos, przez który momentami czułam niechęć do opisywanych bohaterów i ich podejścia do książek.
Co zostaje po lekturze?
Niestety, bardzo niewiele. Kilka historii musiałam po prostu pominąć, bo ich powierzchowność była zbyt przytłaczająca. Jedynym pozytywem jest odkrycie jednej ciekawej osoby, którą zaczęłam obserwować w mediach społecznościowych dla jej poleceń czytelniczych. To jednak za mało, by uznać tę książkę za udaną. Jeśli szukacie pogłębionej analizy miłości do książek – szukajcie dalej.


