Dobra książka, której nie znoszę. Dlaczego postać Trumana Capotego budzi we mnie taki opór?
Piszę tę recenzję z ponad miesięcznym dystansem. Moja pierwsza próba przelania myśli na papier była zbyt chaotyczna, zbyt surowa – próbowałam ją ugładzić, by była „milsza” dla czytelnika. Ale prawda jest taka, że ta lektura zostawiła we mnie głównie negatywne emocje. Nie wynikają one jednak ze złego warsztatu autora, lecz z faktu, że zupełnie nie rozumiem powszechnego zachwytu nad Trumanem Capote.
Studium narcyzmu w pięknych wnętrzach
Sam pomysł na koncepcję tej książki jest bardzo udany. Lubię formuły wielogłosowe, w których jedna pozycja gromadzi kilka różnych perspektyw. Obserwujemy tu proces, w którym Capote – niczym kameleon – dostosowuje część siebie do osoby, z którą aktualnie przebywa. To fascynujące studium tego, jak relacje nas kształtują i jak różni potrafimy być w zależności od kontekstu: od szkoły po szczyty nowojorskiej socjety.
Książka jest napisana rzetelnie, ma przejrzystą strukturę, a historie płynnie się zazębiają. Choć jako czytelniczka z Europy momentami gubiłam się w gąszczu specyficznych, amerykańskich lokalizacji i nazwisk, całość czytało się lekko. Ale to właśnie ta lekkość w opisywaniu tragicznych losów „muz” Capotego wywołała u mnie największy opór.
„Łabędzie” czy ofiary?
Mój problem z tą książką polega na tym, że nie polubiłam Capotego od pierwszych stron. I tu paradoksalnie należy się uznanie dla autora: mimo swojej prywatnej fascynacji tym człowiekiem, potrafił on odmalować jego „brudną” stronę.
Patrzymy na świat kobiet, które żyły w czasach, gdy ich przetrwanie i status były niemal całkowicie uzależnione od zamożności mężów. Były piękne, majętne, ale często głęboko nieszczęśliwe i pozbawione realnych alternatyw. Capote wszedł w ich świat jako powiernik, by ostatecznie potraktować je jak „przygłupie gąski”. Wykorzystał ich sekrety, lęki i intymność jako paliwo do swojej twórczości. Fakt, że na koniec życia wystawił je na publiczne pośmiewisko, a potem był autentycznie zdziwiony ich gniewem, obnaża jego skrajny narcyzm i emocjonalną płytkość.
Warsztatowy majstersztyk, mentalny koszmar
Lektura była dla mnie trudna, bo wciąż zadawałam sobie pytanie: dlaczego ten człowiek stał się ikoną? Dlaczego ktoś mi tę książkę polecił?
Mimo że opisy epoki są dokładne i pozwalają niemal fizycznie poczuć emocje tamtych lat, uważam tę historię za krzywdzącą. Mam wrażenie, że te kobiety po raz kolejny stały się tylko przedmiotem – tłem, które ma ponownie przyciągnąć uwagę do Capotego.
Moja krytyka uderza więc w sam temat, a nie w realizację. To specyficzny przypadek, w którym mamy do czynienia z książką warsztatowo bardzo dobrą, ale mentalnie dla mnie koszmarną. Czy warto po nią sięgnąć? Tak, jeśli chcecie zrozumieć mrok kryjący się za błyskiem dawnego Hollywood i Nowego Jorku. Ja jednak kończę ją z ulgą, że ten rozdział mam już za sobą.


